Wódka w szklance ma kolor brudnej śliny. Świat za oknem wylewa się jak pomyje. Patrzę w lustro... znów ten sam człowiek, Który od rana za bardzo żyje. Mięso na kościach jeszcze nie śmierdzi, Ale w ustach mam posmak gorzkiego popiołu. A Bóg... Bóg siedzi w cieple na górze I rzuca resztki z własnego stołu. Szkło chłodzi wargę, nalewam do pełna! Krew w żyłach gęstnieje, wolniej płynie... Jeszcze jeden łyk! Tylko jeden łyk, By zagłuszyć matkę, co w głowie mnie klnie. Śmierć stoi w przedpokoju... Powoli ściąga buty. Nie śpieszy się wcale. Ona ma czas... aż do rana. Przepijam do niej w ciemności... Przepijam w tej głuchej ciemności... Aż głowa... spadnie na kolana.


