
Włożyłem twoje „nigdy” do słoika z octem. Pływa tam obok zęba mądrości i starej monety. Dwa litry twojego krzyku z zeszłego wtorku zredukowałem na wolnym ogniu do konsystencji smoły. Ludzie zostawiają po sobie tyle niepotrzebnej tkanki: niedokończone kanapki, obcięte paznokcie, puste słowa, które gniją pod dywanem. Ktoś musi tu posprzątać. Ktoś musi to zjeść. Przecież nic nie może się zmarnować. Przecież śmieci też mają swoje prawa. Gotuję zupę ze starych obietnic, doprawiam solą z wypłakanych oczu. Wymieszam wszystko powoli i starannie, żebyś nie musiała już do mnie wracać. Talerz jest zimny, widelec jest wygięty, kuchnia pachnie spalonym papierem. Zjadłem cię wreszcie na kolację, teraz mam cię w brzuchu na zawsze. Znalazłem twój profil na starym widelcu. Dwa zęby wygięte, dokładnie tak jak twój uśmiech. Przyszyłem go do poduszki, żeby szeptał mi do ucha, kiedy nie mogę spać. Czasami myślę, że jestem zbyt oszczędny. Mogłem zatrzymać jeszcze twój cień na ścianie, ale zdrapałem go szpachelką i wymieszałem z klejem do tapet. Gotuję zupę ze starych obietnic, doprawiam solą z wypłakanych oczu. Wymieszam wszystko powoli i starannie, żebyś nie musiała już do mnie wracać. Talerz jest zimny, widelec jest wygięty, kuchnia pachnie spalonym papierem. Zjadłem cię wreszcie na kolację, teraz mam cię w brzuchu na zawsze. A jeśli dostanę zgagi? A jeśli strawię cię do końca? Co wtedy wrzucę do garnka, kiedy zabraknie cię pod ręką? Będę musiał zostać kucharzem!! Wyjść na ulicę z wielkim rondlem! Zebrać cudze spojrzenia ze szkła i asfaltu! Ugotować całe to miasto! Gotuję zupę ze starych obietnic! Zjadłem cię w całości, bez popijania! Talerz jest czysty, kuchnia jest pusta, a zegar na ścianie ma tłuste wskazówki! Smacznego... Nic nie zostało.

