
Widzę to w oczach znowu coś nie gra miała cię kochać w końcu odeszła Nawet tu nie patrz Mnie tu niema Nie chcesz spotkać tego spojrzenia Pusty pokój Smutny spokój wkurwia cię ogół tak na ogół unikasz jutra unikasz lustra w nim wszystko na odwrót Masz w sobie dwa wilki To bez znaczenia widziałem oba Jak chciały cię zeżreć wyły do pełni drapały plecy Patrz mi w gębę powiedz że nigdy więcej Bo ja jestem tylko Twoim odbiciem którego często Wolisz nie widzieć Słońce o świcie Rani źrenice unikasz mnie aż przywykniesz Nie jesteś mała jego własnością Nigdy nie pozwól zamknąć się w klatce Tam gdzie wpierdala swoją zaborczość Postaw granicę środkowym palcem za swoje oddanie zgarniasz tylko pogardę typo jedzie po bandzie chcesz by było normalniej Wstań podnieś głowę i przejrzyj się w tafli Masz w sobie ogień Nie daj go zgasić Bo ja jestem tylko Twoim odbiciem którego często Wolisz nie widzieć Słońce o świcie Rani źrenice unikasz mnie aż przywykniesz

