
Chodnik tu pamięta więcej niż najstarsi ludzie na dzielnicy. Każde pęknięcie w płycie to czyjaś zgubiona młodość, każdy niedopałek rzucony w deszcz to mały, cichy dramat. Życzę ci, żebyś nigdy nie bała się tego brudu pod paznokciami. Życzę ci takiej podeszwy w starych trampkach, żebyś czuła każdy kamień, ale żaden nie przebił ci skóry. Życzę ci chrapowatego głosu, gdy świat wymaga kłamstwa, i milczenia, które waży tyle, co tonowy blat. I żebyś wiedziała, że jak spadasz na beton, to nie po to, żeby tam leżeć, tylko żeby podnieść coś, co inni przegapili. Bo ulica nie ma litości dla malowanych lalek! Życzę ci serca z twardego żeliwa i oczu, co widzą przez mgłę! Niech cię nie kupią na tanie błyskotki z marketu, bo ty jesteś z tych, co znają prawdziwą cenę! Trzymaj się pionu, choćby wiatr walił prosto w ryj! A jak przyjdzie noc, ta długa, co pachnie spaloną żarówką na klatce, i dostaniesz w kość tak, że aż w zębach zgrzyta wyciągnij z kieszeni ten pognieciony tekst i uśmiechnij się do tego cienia pod płotem. Życzę ci kumpli, co nie pytają, skąd masz te siniaki, tylko dają ci łyka zimnej herbaty i mówią: „Jutro też jest dzień”. I pamiętaj, mała... Najlepsze wiersze pisze się nie na czystym papierze, ale gwoździem na odrapanej ławce w parku. Tam, gdzie nikt ich nie wyczyści. Więc idź. Pluj na szarość. Nie daj się złamać. I niech ten chodnik wie, że idzie po nim ktoś, kto ma w sobie ogień! Sto lat, młoda... Albo i więcej...

