Pod powieką niosę mrok gęstszy niż w starym borze, Gdzie słońce nie dochodzi, a wiatr tchu złapać nie może. Uśmiech mam z kamienia, jak te posągi na rozstajach, Choć w środku wyje wilk, co zgubił się w obcych krajach. Choćby zgasły wszystkie ognie i noc stała się wieczna, Moja ścieżka pod stopami pozostanie bezpieczna. Lojalny własnej prawdzie, spójny w każdym geście, Odnajdę swój spokój w tym wrzeszczącym mieście. Widzę twarze jak cienie, co znikają o świcie, Każdy obiecuje wieczność, a potem znika skrycie. Jestem sam na tej tratwie, pośród wzburzonych wód, Gdzie lojalność to rzadkość, a zdrada to chleb i chłód. Gdy jutro stanę na pustym polu, gdzie nie ma już nikogo, Pójdę przed siebie swoją, a nie wydeptaną drogą. Spójność to mój pancerz, lojalność to moja krew, Choć wokół tylko cisza i wiatru głuchy śpiew. NIECH ODEJDĄ WSZYSCY! NIECH OPUSZCZĄ MNIE BOGOWIE! JA DALEJ BĘDĘ SZEDŁ, Z KORONĄ CIERNI NA GŁOWIE! WŁASNYM ŚWIATŁEM ROZŚWIETLAM TEN MROK, CO MNIE OTACZA! MOJA SPÓJNOŚĆ TO SIŁA, KTÓRA LOS MÓJ WYZNACZA!