W rogach sufitu pająki tkają ciszę na raty Dom to już tylko ściany, dawno straciły daty. Zimne grzejniki grają marsza w pustym przedpokoju Biorę kolejny wdech, szukając w tym pyle spokoju. Klucz w zamku zgrzyta, jakby zapomniał swojego imienia Zostawiam buty w progu, tam gdzie nie ma już cienia. Liczę oddechy, gdy świat na zewnątrz tętni barwami Ja karmię demony tymi szarymi, pustymi dniami. Wszystkie mosty spalone, popiół osiadł na dłoniach A ja wciąż biegnę w miejscu, na tych samych skroniach. Sufit patrzy na mnie, nie ma nic do dodania Puste pudełka po szczęściu, brak planu przetrwania. Stan zawieszenia, gdy zegar zapomniał o czasie Zgubiony kompas, błąd w każdym marnym atlasie. Stół zbyt szeroki, gdy patrzysz tylko w jedną stronę Wszystkie iskry na dnie, w gęstym mroku utopione. Bicie w puste ściany, echo które nie chce wrócić Ile jeszcze razy muszę ten scenariusz porzucić? Oczyszczenie przez lód, który serce mi oplata Szukam przejścia tam, gdzie kończy się ta data. W szufladach zdjęcia, których nie mam siły dotykać Lepiej udawać, że nie ma już dokąd umykać. Fundament pękł po cichu, nikt nie słyszał huku Zostałem w środku, jak strzała bez swego łuku. Ty... mgliste światło, co czasem mignie w oddali Zanim ten mróz nas na dobre w tej ciszy ocali. Szansa przesypana przez palce jak brudny śnieg Zbyt wolne tętno, by znów zacząć ten długi bieg. Nerwica tnie powietrze, ostry zapach metalu Stoję w oknie, patrząc na to miasto pełne żalu. Szron na szybach rysuje mapy nieistniejących miast. Chciałbym zasnąć, zanim spadnie ostatnia z gwiazd. Brak sił, by krzyczeć, brak słów, by milczeć dalej... Wlej we mnie życie, albo pustkę mi nalej. Stół zbyt szeroki, gdy patrzysz tylko w jedną stronę Wszystkie iskry na dnie, w gęstym mroku utopione. Bicie w puste ściany, echo które nie chce wrócić Ile jeszcze razy muszę ten scenariusz porzucić? Pusty talerz. Zimny kurz. Czekam na świt, który nie przychodzi już.


