
Ta piosenka jest brzydka jak noc, rwie się rytm i fałszuje głos. Słowa czasem nie trzymają się kupy, bo to są tylko wygłupy. Rymy krzywe, tempo też, i muzyka też kuleje. I choć brzmi to trochę źle — to coś w niej jednak trzyma mnie. Bo to brzydka piosenka nie udaje że jest piękna. Nie jest gładka, nie jest „wow”, ale czasem robi show. Bo to brzydka piosenka — i ma do tego prawo, czasem sapnie, czasem pryśnie, ale idzie żwawo. Czasem coś zafałszuje, ale przecież tego nie planuje. Tu za wcześnie wchodzi refren znów, tam się gubi połowa słów. Melodia gdzieś uciekła w bok, a wokal zrobił dziwny skok. Ktoś by powiedział: „wyłącz to”, bo to nie jest żadne show. A jednak coś tu działa źle — bo nie wszystko musi być „okej”. Bo to brzydka piosenka nie udaje że jest piękna. Nie jest gładka, nie jest „wow”, ale czasem robi show. Bo to brzydka piosenka — i ma do tego prawo, czasem sapnie, czasem pryśnie, ale idzie żwawo. Czasem coś zafałszuje, ale przecież tego nie planuje. Niby fałsz i niby chaos, a i tak się klei jakoś. Możesz kręcić nosem ile chcesz — a ten refren wróci jeszcze, wiesz. Więc niech sobie będzie brzydka, jak chce, niech się plącze i myli gdzieś. Bo nie o to chodzi, żeby było idealnie — tylko żeby było nienormalnie.

