
Pragnienie
Zaparowana szyba. Nic nie widać. Zaciśnięta pięść w kieszeni. Wszystko jest... jak trzeba. Wszystko się zgadza. Tylko w klatce ucisk, brakuje połowy powietrza. Świt tnie oczy, znowu ta sama twarda pętla od rana, Kawa ma gorzki smak, codzienność dawno rozpisana. Mam bezpieczne miejsce, mam co jeść, mam gdzie stać, Nie przymieram głodem, nie muszę o nic żebrać, kurwa mać. Tylko cała ta energia idzie na samo przetrwanie dnia, Marnuję siły na bzdury, w których nie ma mojego ja. Wieczorem patrzę w puste okno, światło ledwo sączy się przez mrok, I czuję to stałe, chłodne ciśnienie, ten bezgłośny, fałszywy krok. Czas przecieka mi przez palce, chociaż dłonie mam zdarte od pracy, Oddaję swój najlepszy czas za spokój, który nic nie znaczy. To nie bunt, nikogo dzisiaj nie winię, To tylko ta potworna świadomość, że moje życie bezgłośnie minie. Te betonowe schody kończą się nagle w połowie... Ciężkie drzwi uchylone zaledwie na milimetr... Wiem, ile waży ten bezpieczny, chłodny spokój... I przysięgam, nigdy nie chodziło o salony. Nie chcę pałacu, nie szukam tu żadnej korony, Chcę tylko oddychać, wyjść z tej ciasnej, bezpiecznej zagony. Talent zakopany głęboko, chleb zjedzony w milczeniu, Żyję na pięćdziesiąt procent, gnijąc w tym codziennym cieniu. To nie jest rozpacz, to nie jest żaden głośny, pusty krzyk, Znam swoją miarę, ale z moich skrzydeł nie zostanie nic. Jeszcze nie teraz... jeszcze nie przyszedł ten czas... Ale ten cichy niedosyt powoli gasi we mnie resztki gwiazd. Mówią mi wkoło: „Doceniaj to, co masz- przecież jest dobrze”, A ja czuję, jak ta stabilizacja powoli wbija mi w plecy noże. Świat schowany za mgłą, wszystko widziane przez brudne szkło, Wszystko filtrowane chłodem, wszystko owinięte w szare tło. Najgorsze nie jest zmęczenie, najgorsze jest to przyzwyczajenie, Gdy codzienna monotonia cicho zabija w tobie każdą chęć istnienia. Robię za dużo, by utrzymać pion, robię za mało, by naprawdę żyć, I ta prosta, twarda prawda nie pozwala mi już w nocy śnić. Oddech przez gęsty filtr, odcięty od świeżego, wolnego tlenu, Zamiast pełnego życia, ginę w tym systemu cieniu. Nie szukam wrogów w urzędach, nie szukam winnych przy ołtarzu, To moja własna, cicha wojna o to, by nie skończyć na tym cmentarzu. Nie chcę pałacu, nie szukam tu żadnej korony, Chcę tylko oddychać, wyjść z tej ciasnej, bezpiecznej zagony. Talent zakopany głęboko, chleb zjedzony w milczeniu, Żyję na pięćdziesiąt procent, gnijąc w tym codziennym cieniu. To nie jest rozpacz, to nie jest żaden głośny, pusty krzyk, Znam swoją miarę, ale z moich skrzydeł nie zostanie nic. Jeszcze nie teraz... jeszcze nie przyszedł ten czas... Ale ten cichy niedosyt powoli gasi we mnie resztki gwiazd. Nie chcę mieć więcej... Chcę tylko żyć głębiej. Nie chcę latać wyżej... Chcę w końcu poczuć twardy grunt. Zanim obudzę się stary, patrząc na ten pusty, kuchenny blat... I zrozumiem, że przez strach... ominął mnie mój własny świat. Próba pustyni trwa. Ta codzienna smakowania sahara . Nie chcę pałacu, nie szukam tu żadnej korony, Chcę tylko oddychać, wyjść z tej ciasnej, bezpiecznej zagony. Talent zakopany głęboko, chleb zjedzony w milczeniu, Ja chcę tylko poczuć... że naprawdę idę na swój własny takt. Bez tych wszystkich zjebanych blokad. Jeszcze nie... Jeszcze nie... Światło wpadające rano przez okno. I ten pieprzony... wieczny głód.

