
Kładę dłonie na mchu, kładę dłonie na blasze, Niech zapłonie ten styk, niech wygasną te wasze. Gdzie pęka szkło, tam kładę swe oko, Zgarniam cię nisko, zgarniam wysoko. Przełykasz ślinę, liczysz mi tętno, Dla ciebie to hałas... dla mnie to mięso. Chcesz mnie czytać, a stoisz w progu, Boisz się ognia, boisz się głodu. Chaos to plan, którego nie widzisz, Kochasz ten strach czy go nienawidzisz? Rano karmię psy, nocą palę te styki, To nie są uniki, to moje matematyki. Kładę fundament pod szklanym tym blokiem, Zawsze cię sięgam, nie ruszając okiem. Niech pęka co kruche, niech stoi co wysokie, Jestem tą samą wodą, choć płynę rynsztokiem. Nigdy nie puściłem tej brudnej ręki, Moje milczenie to nie są lęki. Pod każdą maską ten sam twardy kościec, To ja jestem wyjściem, choć szukasz go prościej. Stój tam, gdzie stoisz. Niech cię to przetoczy. Wiesz już co widzisz, gdy patrzysz mi w oczy? Chcesz mnie czytać, a stoisz w progu, Boisz się ognia, boisz się głodu. Chaos to plan, którego nie widzisz, Kochasz ten strach czy go nienawidzisz?

