[Intro] Yeah… Słyszysz? To nie jest muzyka. To sekcja zwłok emocji. [Zwrotka 1] Mam w głowie katakumby, czarne kontinuum strat, Codziennie wdycham ciszę jak toksyczny aerostat. Serce — mechanizm wad, neurotyczny aparat, Bijący zbyt intensywnie do ludzi bez zasad. Niosę melancholię jak sygnet na kościach dłoni, Każde wspomnienie wraca i jak formalina płonie. Nie pytaj mnie o spokój — dawno spłonął w benzynie, Teraz tylko bezsenność siedzi ze mną przy whisky i winie. Miałam być silna? Jasne. To brzmi świetnie w teoriach. Lecz kiedy dusza gnije, człowiek tonie w deliriach. W moich źrenicach orbituje cmentarz niedomówień, A każde „kocham” brzmi dziś jak preludium ruin. Tęsknota? To nie poezja — to pasożyt pod skórą. Wraca nocą, kiedy miasto świeci martwą purpurą. Wtedy słyszę twój głos między pulsami syren, Jakbyś nadal mieszkała w tych spękanych neuronach i żyłach. [Pre-Chorus] I choć uciekam — wracasz echem w każdej sekundzie, Jak halucynacja w psychotropowym brudzie. Mówią: „czas leczy rany” — absurdalna herezja, Czas tylko uczy człowieka jak ukrywać rozpacz. [Refren] Mam martwe frekwencje w sercu i zakłócony sygnał, Od kiedy zniknęłaś, noc przestała być niewinna. Krążę po mieście jak widmo bez respiracji, Oddycham tęsknotą w permanentnej deprywacji. W mojej głowie twoje imię dalej robi zamęt, Jak wyryty paznokciami na betonie lament. I nawet kiedy milczę — wszystko we mnie krzyczy, Bo najgłośniejsze wojny człowiek prowadzi w ciszy. [Zwrotka 2] Mam emocjonalny paraliż i chroniczny niedosyt, Psychika przypomina roztrzaskany monolit. Nie umiem już ufać — za dużo autopsji relacji, Za dużo ludzi mówiących o miłości dla adoracji. Więc buduję dystans jak fortyfikacje z lodu, Ale każda samotność ma posmak głodu. I nieważne ile kobiet przewinie się przez źrenice, Żadna nie wymaże twoich śladów z tej psychicznej piwnicy. Wiem — brzmię jak szaleniec z literackim fetyszem bólu, Ale tylko cierpienie nauczyło mnie mówić do tłumów. Bo kiedy człowiek naprawdę spada na samo dno, Widzi więcej niż ci, którzy całe życie mieli światło. Mam w sobie gniew, żal, chaos i deficyt snu, A mimo to codziennie próbuję wracać do ludzi. Choć czasem chcę zniknąć — jak dym nad autostradą, Bez pożegnań. Bez pytań. Bez ostatniego „zostań”. [Bridge] I może nadal czekam… Choć rozsądek dawno umarł. Może każdy człowiek Ma jedną osobę, Która zostawia w nim permanentny uraz. [Final Refren] Mam martwe frekwencje w sercu i zakłócony sygnał, Od kiedy zniknęłaś, noc przestała być niewinna. Każde światło miasta przypomina twoją twarz, A ja nadal nie potrafię nauczyć się jak przestać czuć aż tak. Więc piszę wersy jak nekrolog własnych emocji, Bo niektóre tęsknoty nigdy nie tracą ostrości. I jeśli kiedyś wrócisz — znajdziesz mnie pośród ruin, Tam gdzie człowiek i melancholia stają się jednym organizmem.


