
Nie chcę już tylko wędrówki
Rano Szczawnica budziła się ze snu, plecaki czekały, przed nami był szlak. Pojechaliśmy razem w stronę Jaworek – twoje ramię przy moim, gdy wąską ścieżką szliśmy przez wąwóz, a każdy twój oddech był obietnicą czegoś więcej. Gdy pomagałeś mi przejść przez potok, twoja dłoń zatrzymała się na biodrach – i wtedy wiedziałam – wyobrażałam sobie twoje usta na szyi, palce na plecach. Homole – tam, gdzie twoja ręka przesunęła się z dłoni na udo, a ja nie chciałam, żebyś przestał. Czułam, jak twoje ciało mówi to, czego nie śmiesz, i wiedziałam, że tej nocy chcę cię całować tam, gdzie nikt nie widzi – na ścieżce, w cieniu drzew, gdzie twoje usta znajdą piersi. Gdy szłam wolniej, zwalniałeś przy mnie – twoje biodro ocierało się o moje, a ja czułam, jak krew napływa mi do skroni, bo wyobrażałam sobie twoją dłoń – zamiast biodra – na moim brzuchu. Twoje oczy śledziły każdy ruch – w myślach rozbierałam cię wzrokiem, marząc, jak usta wędrują po kolanach, wyżej, coraz wyżej. Homole – tam, gdzie twoja ręka przesunęła się z dłoni na udo, a ja nie chciałam, żebyś przestał. Czułam, jak twoje ciało mówi to, czego nie śmiesz, i wiedziałam, że tej nocy chcę cię całować tam, gdzie nikt nie widzi – na ścieżce, w cieniu drzew, gdzie twoje usta znajdą piersi. Nad Durbaszką usiadłam obok ciebie – twoje udo dotknęło mojego, nie odsunęłam się – w głowie całowałam ramiona, klatkę piersiową, czułam twoje usta na swoich, gdy wiatr poruszał trawą – myślałam: „Gdybyśmy zostali tu sami, gdybyś rozpiął plecak, a potem koszulę”. Homole – tam, gdzie zrozumiałam, że nie chcę już tylko wędrówki. Chcę dłoni na udach, ust na piersiach, głosu, który mówi mi, że pragniesz mnie tak samo, że chcesz spać ze mną – nie w wyobraźni, ale naprawdę.

