
Kolejna prośba, znów te same puste twarze, Każdy chce brać, nikt nic nie daje w darze. Wyciągam rękę? Widzą tylko banknoty, Wszędzie te hieny, ludzkie roboty. Bezsilność dusi, zaciskam mocno pięści, W tym jebanym teatrze nikt mi nie życzy szczęścia. Wszyscy są „braćmi”, dopóki portfel pęka, Gdy dno zaświeci, nagle drży im ręka. Wkurwiony? To mało. Jestem martwy w środku, Patrząc jak chciwość ustawia wszystkich w rzędzie, po cichutku. Świat chce pieniędzy, nie słyszy mojego krzyku, Tyle tych sępów, co stoją przy stoliku! Puste kieszenie – nagle nikogo nie ma, Zostaje tylko ta chłodna, brudna ziemia. Ale mam ich... tych kilku, co stoją w cieniu, Co nie pytają o stan konta przy imieniu! I wtedy wchodzą oni... bezinteresowni, W tym świecie kłamstwa – jedyni przytomni. Nie czekasz na przelew, by odebrać telefon, Dzięki Wam bracia, że nie ulegliście tym echom. Gdy dzwonię o trzeciej, nie pytasz „za ile?”, Po prostu jesteś, dajesz mi siłę na tę chwilę. Za to Wam chwała, za to dzięki na wieki, Bo tylko dzięki Wam jeszcze nie zamknąłem powiek. Prawdziwa krew, a nie papierowe bóstwa, Wasza pomoc to tlen, gdy wokół tylko oszustwa. Znam każdą twarz, co odwróciła wzrok... I znam każdą dłoń, co wyciągnęła mnie z mroku. Pieniądz to śmieć. Człowiek... człowiek to wszystko. Dzięki, że jesteście! Tym prawdziwym – chwała na wieki! Reszta? Niech dławi się swoim złotem.

