
Wsiadłem na dwunastym, chciałem jechać w dół, Drzwi się już zamknęły, nacisnąłem „zero”. Obok starsza pani, jakiś łysy pan, I nagle czuję w brzuchu — zaczyna się zły stan. Jedenaste piętro — jeszcze daję radę, Dziesiąte — już stoję jakoś dziwnie bokiem. Dziewiąte — pot zimny spływa mi po czole, A baba mówi: „Panu coś jest?” — Nieee. — Ale tracę już kontrolę. Nie pierdnij w windzie! Wytrzymaj jeszcze chwilę! Nie patrz na ludzi, Zaciśnij wszystko, ile sił! Nie pierdnij w windzie! Parter już gdzieś tam jest! Bo jeśli teraz puścisz… Nikt nie uwierzy, że to pies! Na ósmym wsiadł sąsiad, na siódmym jego brat, Na szóstym jakaś pani i z zakupami dziad. Na piątym drzwi stanęły. Winda mówi: „Błąd”. A ja już widzę tunel, przeszywa mnie prąd. Ktoś wciska alarm, ktoś po pomoc dzwoni, A ja mam większy problem, lecz nie mogę mówić o nim. Łysy patrzy na mnie: „Czemu pan tak drży?” Nie odpowiadam, a w oczach mam już łzy. Nie pierdnij w windzie! Wytrzymaj jeszcze chwilę! Nie patrz na ludzi, Zaciśnij wszystko, ile sił! Nie pierdnij w windzie! Ratunek blisko jest! Bo jeśli teraz puścisz… To alarm zbędny jest! Nagle winda rusza — czwarte, trzecie, dwa, Na parterze drzwi otwarte, więc uciekam, póki czas. Już wybiegam , już zwycięstwa czuję smak, Lecz telefon został w windzie — niech to trafi szlag. Wracam szybko do kabiny, ukrywam swój strach. Drzwi się za mną zamykają, zawór poszedł w piach. Wszyscy patrzą na łysego, On na swego psa. Lecz on zatkał nos łapami, I wszyscy wiedzą że to ja!

