Song Cover Image

Piekło (Radogoszcz)

+ Show full styles
V6-MINI

"To była noc z siedemnastego na osiemnastego stycznia. Rok czterdziesty piąty. Z oddali niosło się już głuche dudnienie radzieckich tanków. Myśleliśmy: 'Jeszcze dzień i będziemy wolni'. Ale oni nie chcieli zostawić świadków. Zaczęło się od zapachu benzyny. Potem... potem było PIEKŁO!" Mróz ciął twarze, gdy kopnęli drzwi, Rozlali benzynę na schody i sny. Pasiaki na grzbietach zajęły się w moment, Żywe pochodnie wbiegały w płomień. Włosy na oślep lizał już żar, Skóra pękała, odsłaniając krwawy miąższ. Słyszysz? To cegła od gorąca drży, Więzienie pękło, wciągając nas w dym. A my chcieliśmy uciekać stąd! Lecz dym z materaców wiązał jak sznur. Gdy rdzawy ruszt z łóżka parzył dłoń, Płonął na piętrach ten stos skazańców. Swąd ciał i włosów, w powietrzu gęsto, Biegliśmy w ogień – przez własne męczeństwo. Słyszysz? To strop wygina się w łuk, Cegła odpryskuje, bije jak grad. Kto dopadł wyjścia, tego kosił wróg, Ołów w płuco, nim poczuł wiatr. Chciałem zrzucić tę płonącą skórę, Gdy schody spłynęły stopionym asfaltem. Wtedy znalazłem żelazną dziurę, Zbiornik na wodę – życie za fartem. Widziałem przez szparę, jak stal się skręcała, Jak kumple przy kratach w jeden węzeł się zwili. Półtora tysiąca ciał ogień pożerał, Byśmy my, trzydziestu, tę noc przeżyli. Reszta została tylko popiołem, Krzykiem rozpaczy wrytym w te mury. Woda wrzała, czarna od sadzy, Piłem swój strach, by nie wyć z bólu. Wyszliśmy wreszcie – bez tchu, bez władzy, Z największego w Łodzi grobu-ulu. A my chcieliśmy uciekać stąd! Lecz dym z materaców wiązał jak sznur. Gdy rdzawy ruszt z łóżka parzył dłoń, Płonął na piętrach ten stos skazańców. Styczeń był biały, lecz ziemia jest rdzawa, Od krwi i od kości, co w popiół się zmieniły. Zostałem ja – żywa, bolesna zjawa, Pamięć o tych, co wyjść nie mieli siły.