
Piąta rano, nie budzik, a zimna kropla. Skarpetki mokre, ale w głowie konopia. Wyrzuciłem zegarek i tak się spóźnię. Do życia, które obiecali mi dumnie. Kawa w blaszanym kubku smakuje jak bunt. Stoję na swoim, wreszcie czuję pod nogą grunt. Mówili mi: „Gnaj, bo ucieknie świt”. A ja tu stoję i nie gonię nic! Szczęście to brud, a nie złoty szczyt. W butach mam piach, w sercu czysty bit! Wszyscy biegną, patrząc w te szklane tafle. Szukają drogi, a gubią się nagle. My mamy ogień, co strzela iskrami w błękit. Brudne buty lepsze niż czyste lęki. Lepiej się zgubić niż znaleźć w cudzej klatce. Wolę ten kurz, gdy na świat przez palce patrzę. Nie szukaj wodza, bo wódz chce twoich pieniędzy. Sam decydujesz, za kim pójdziesz w te pędy. W każdym z nas inna prawda cicho sobie drzemie. I nie ma tu jednej odpowiedzi dla wszystkich. Bo każdy swój ogień roznieca na ziemi. A życie to tylko garść iskier i cieni. Może i jestem błaznem w tej dżungli. Zamiast złota, mam kamienie dla kumpli. Ale spójrz mi w oczy – kto tu się boi? Kto z nas ucieka, a kto twardo stoi?! Mówili mi: „Gnaj, bo ucieknie świt”. A ja tu stoję i nie gonię nic! Szczęście to brud, a nie złoty szczyt. W butach mam piach, w sercu czysty bit! W sercu bit... bunt...

