
Wśród wzgórz i wysokiego nieba stoi Wiatr z siwymi włosami. Patrzy w dal uważnie — a po jego policzku spływa cicha łza. Schodzi miękko na leśne polany, jakby znał każdy krok tej drogi. Tam, gdzie ktoś zatrzymał się w ciszy, bez kierunku, bez słów. Otula go powoli swoim oddechem, ramiona ma lekkie jak poranek. Przytula mocno, lecz bez ciężaru, jak coś, co było tu od zawsze. — Nie lękaj się, wędrowcze… jestem tu, nie odejdę. Trawa drży tylko na chwilę, liście słuchają bez ruchu. Świat milknie, by nie przeszkodzić tej jednej, cichej chwili. I już nie trzeba pytać o drogę, bo coś w środku zaczyna pamiętać. Wiatr nie mówi nic więcej — po prostu trwa. A niebo, tak dalekie przed chwilą, pochyla się bliżej niż kiedykolwiek.

