
[Zwrotka 1] Spotkałam Absurd — miał garnitur skrojony z nienagannych złud. Polerował ciszę tak starannie, jakby na niej osiadł kurz. Uchylił pewności kapelusza, po czym ukradł jej własny cień. Stała naga pośród przekonań, on uprzejmie życzył: „Dobry dzień”. Uśmiech miał pełen błędnych wniosków, każdy we fraku, każdy wart salwy zachwytów. Prawda pierwsza dygnęła, nim rozpoczął bal. Duma klaskała z pierwszych rzędów. Rozsądek poprawiał srebrną skroń. Nikt nie zapytał o sens przyjęcia. Każdy chciał tylko uścisnąć mu dłoń. [Przedrefren — ciszej] Nie wdawał się w żadne spory, nie musiał przekonywać stron. Patrzył, jak logika księżyc usiłuje zmieścić w prostokąt. [Refren] Absurd! Dżentelmen nie do przekonania, ze sprzecznością pije szampan aż do dnia. Każda odpowiedź zgina przed nim kolana, każde pytanie mówi: „Proszę pana”. Absurd! Nieuchwytny, niesłychanie elegancki, nie ma racji — ale jaki piękny gest! Tam, gdzie rozum zapomina własny język, on zaczyna tańczyć, jakby wiedział coś, czego nie wiesz. [Zwrotka 2] Przechowuje zegary bez minut, żaden pośpiech nie ma do nich praw. W jego lustrach przeglądają się pokoje, lecz nie sposób znaleźć własnych twarzy tam. Pisze listy niewidzialnym atramentem, każda kartka zna należne sobie miejsce. Tylko adres, choć podany bardzo skrzętnie, prowadzi zawsze odrobinę gdzieś indziej. Psychologowie zbierają jego ślady, filozofowie spierają się o znak. A poeci pożyczają mu parasol, żeby myślom nie zamokły skrzydła w snach. On go składa, kiedy lunie. Mówi: „Szkoda zasłaniać sobie świat”. I przemaka z taką godnością, że deszcz zaczyna wstydzić się swych wad. [Przedrefren] Nie obiecał nam pociechy, nie wystawił światu ocen. Tylko wyjął z ram portrety i zaprosił pustkę pod swój dach na nocleg. [Refren] Absurd! Dżentelmen nie do przekonania, ze sprzecznością pije szampan aż do dnia. Każda odpowiedź zgina przed nim kolana, każde pytanie mówi: „Proszę pana”. Absurd! Nieuchwytny, niesłychanie elegancki, nie ma racji — ale jaki piękny gest! Tam, gdzie rozum zapomina własny język, on zaczyna tańczyć, jakby wiedział coś, czego nie wiesz. [Most — niemal szeptem] Normalność puka co poranek. Przynosi regulamin, pieczęć, klucz. Absurd nie wstaje. Nie odpowiada. Drzwi otwierają się bez słów. Normalność zerka do mieszkania, chce wreszcie przyłapać go na czymś. A on jej płaszcz odbiera w progu: „Jak dobrze, że zechciałaś przyjść”. [Refren finałowy] Absurd! Ostatni arystokrata wolności, rewolucję nosi w kroju swoich szat. Gdy doskonałość wznosi nowe państwo, on bez paszportu przekracza jego próg. Absurd! Tu paradoks nie wymaga już obrony, wyobraźnia podkopuje każdy mur. Poza granicą wszelkich wyjaśnień on się tylko uśmiecha… i zostawia nam otwarte drzwi. [Outro — mówione] Gdy zrozumienie wreszcie przyszło, Absurd już dawno opuścił dom. Wyszło za nim drugim wyjściem. Od tamtej pory nie widziano obojga.

