Siedział na dachu, lunetę miał, Zombiaków tłum — a on wciąż spał. Patrzył na miasto, w ręku karabin, Ale lenistwo przyszło jak nawyk. Ej, Snajperze, wstań, rusz swoje gnaty, Zombiaki wchodzą, choć ledwo, na raty. Ale Snajper ziewa, przysypia znów, I nie wie, że koniec czyha już tuż. Raz zamiast wstać, kanapkę jadł, Bo myślał sobie: "Co mi tam świat." Zombie tłukły do jego drzwi, A on jak głaz — nie drgnął, nie drży. Ej, Snajperze, wstań, rusz swoje gnaty, Zombiaki wchodzą, choć ledwo, na raty. Ale Snajper ziewa, przysypia znów, I nie wie, że koniec czyha już tuż. Na koniec zjawił się wielki tłum, Zombie krzyczały, krew lała się. A on zaspany, wciąż w marzeniach trwał, Gdy przyszła noc, to już został sam. Ej, Snajperze, wstań, rusz swoje gnaty, Zombiaki wchodzą, choć ledwo, na raty. Ale Snajper ziewa, przysypia znów, I nie wie, że koniec czyha już tuż. W końcu gdy usłyszał pukanie do drzwi, Ocknął się, lecz już było po nim Zamiast ratować, zaspał, cóż, pech, Leniwy Snajper – zgubił go lenistwa grzech.