
Czuję apetyt — a krew płynie szybciej, jak strzała wbita w cel. Bez litości zabijam ciszę. Jestem tym, co przynosi ukojenie — ostrze, które się nie tępi, wiatr, co nie zna skruchy, zrywa dachy, niszczy struktury. Milczę, bo czekam na ciebie. Ty — idź w moim kierunku. Tam czeka cię Eden. Nie proszę. Rozkazuję. Przestań być kimś, na kogo nie zasługujesz. Pod paznokciami — brud, w ustach — smród pogardy, a jednak nadzieja rozświetla twoje lico. Już pora wstąpić. Już pora na zmiany. Trzeba zagłuszyć ciszę — ten głos, który nie prosi o uznanie, bo sam w sobie jest czymś więcej niż dźwiękiem. Czy to szczęście? Czy to lęk, który rozrywa twe serce? Jeśli mnie kochasz — i kochasz też siebie — daj światu znać, że na to cię stać. A jeśli mnie nienawidzisz, i przeklinasz swe życie — zrób to tak, by głusi mogli usłyszeć. Cierpisz. Dusza krwawi. Czy żal ci samego siebie? Chcę, byś głośno krzyczał me imię, gdy prosisz o zmianę — bo właśnie wtedy trwa w tobie przemiana. Życie to tylko chwile, w których mrok blednie, a światło rozprasza ciemność. Nie zastygaj w przyzwyczajeniu — ono także jest chwilą. Zapominając, czym karmi się dusza, umieramy powoli, w katuszach nieświadomości. A gdy znów się zatrzymasz, pamiętaj: to, co teraz się wydarza, to przypomnienie, jak zachować twarz. Błądzimy w szkicu szarości, wyniszczając swe wartości, lecz prawdziwe życie to pejzaż tętniący barwami zachwytu — namalowany przez artystę. Czuję, że żyję. Nie proszę o ciszę. Uczuć nie kryję. Wypełnij swą misję — bo masz jedną szansę i jedno życie. Każdy z nas budzi się o świcie.

