Gdy dynastia Piastów kończyła swój czas, A królów z koroną już brakło wśród nas, Wielkopolskie rody musiały wybrać, Czy służyć orężem, czy chlebem świat karmić. W Pałukach, gdzie z Kujaw wieją ciche mgły, Jeden z przodków osiadł w czas tych dni. W Żninie, gdzie rynek pachniał świeżym chlebem, Piekarzem go zwano — trudził się jak trzeba. Piekarz – piec rozgrzany, mąka, sól i trud, Bochen w dłoni lśnił jak pszeniczny cud. A syn, by go odróżnić od ojcowskich ról, Otrzymał zwanie nowe, to Piekarzewicz był. Nie chciał on w piekarni całe życie spędzić, Nie dla niego bochen, rodziny pieca czeluść. Ojciec dał mu miecz i pobłogosławił, Syn ruszył przed siebie — los miał pisać sam. Żnin rósł w tamtym czasie, stał się grodem znanym, A Kazimierz królował nad krajem odzyskanym. Krzyżacy i Moskwa podnosili miecze, A syn piekarza pragnął sławy i zwycięstw. Piekarz – chleb wypiekał, żywił cały dom, Piekarzewicz – z mieczem ruszył w inny ląd. Ojciec w piecu ogień, syn – w żelazie blask, W nazwisku litery wspólne — to dziedzictwa znak. W kronikach zapisano: chleb w Żninie był słynny, Najlepszy w Wielkopolsce, złocisty i miękki. Lecz syn nie chciał chleba, wolał bitew dym, I ruszył bez lęku — tak zaczynał swój hymn. Piekarz – bochen chleba, ciepło rąk i piec, Piekarzewicz – w zbroi, przeszedł wiele miejsc. W Wielkopolsce, gnieździe polskości rodził się ich ród, A nazwisko PIEKARZEWICZ — przetrwało pośród nut.