Ciężar emocji, najdroższe dłuto, kaleczy codzienną kurtuazję, zostaje tylko obrzydliwe błoto, jest jak kamień na szlaku, kształtowany setki lat, deptany przez czadowe buty, bielutkiego polimeru kat. A inna matryca percepcji, gna by szukać czegoś, co może drgnąć, tak dokładnego, że sam nie wiem, czy umiem? czy dam rękę obciąć? Powódź porywa wszystko, ale jeszcze jednak wiszę nad nurtem, nie poruszę się w dzień i w noc, nie huknę z buntem, Gdyby nie ta rwąca rzeka, czym bym się karmił przez lata, idealnie niedoskonała, sękata, giętka, szczęść i smutków szata, A inna matryca percepcji, gna by szukać czegoś, co zwolni i przyspieszy, serce, przyzwyczajone do arytmii, brakiem porządku grzeszy? Udajesz kroplę i wskakujesz do wody, ja wierzbę patrzącą na płynące kłody, zbyt długie mam korzenie, ale gdyby dały się wypłukać, wpadłbym, zmókł i popłynął, dotarł do morza, zgnił i nasiąknął, wyrzucony na brzeg o brzasku, ludzie wetknęliby mnie w zamek z piasku.