
Gdy wstaję rano, odsłaniam zasłony, trochę leniwie, lekko zmęczony, Z radością z łóżka już wyskakuję, Jakże cudownie się dzisiaj czuję. Słoneczko świeci, a niebo niebieskie, Na dole ktoś się przechadza z pieskiem, Oddycham głęboko mam uśmiech na twarzy, Co mi się dzisiaj może przydarzyć? Wchodzę do kuchni ekspres odpalam, Za chwilę będzie gotowa kawa, A na kalendarz pada mój wzrok, Koniec wakacji, to wielki szok. Ekspres się zaciął i ledwo kapie, Kot zrobił dziury w nowej kanapie, Koniec wakacji i koniec lata, A zamiast kawy będzie herbata. Wszystko co dobre, przemija szybko, Idę się ubrać, znów coś nie wyschło, Suszarka zamiast suszyć, wciąż buczy, Przed wyjściem jeszcze poszukam kluczy. Wyszedłem z domu, w kloace chodnik, A na przystanku żul śpi bez spodni, Czerwony autobus, autobus czerwony, Znowu się popsuł, bilet stracony. Z buta więc ruszam w kierunku pracy, Nareszcie wszystko wygląda cacy, Tuż przed budynkiem koniec wesela, Krew mnie zalewa. Bo jest niedziela! r Nie mogę uwierzyć, by tak się pomylić. Wracam do domu, browara wychylić, Otwieram lodówkę, wyjmuję ciepłego. Jeśli mieć pecha to na całego. Budzę się nagle, deszcz pada za oknem, Na dole ktoś tam z pieseczkiem moknie, Pełznę do kuchni, zaparzam kawę, Mamy już jesień, nie ma obawy. Rzeczy już wczoraj wyprasowałem, Klucze są w szafce, tam gdzie chowałem, Brak na przystanku śpiącego pana, I w autobusie wszyściutko działa. Ten sen koszmarny męczy mnie nadal, Deszcz także nagle przestaje padać. Ciemno w budynku. Oko łez nabiera. Krew mnie zalewa. Bo jest niedziela! r Nie mogę uwierzyć. To efekt motyla. Co robię nie tak? To deja vu chyba? To nie był koszmar lata minionego. Jeśli mieć pecha to na całego.

