
Lubię, kiedy ty omdlewasz w objęciu, kiedy w lubieżnym zwisie przez ramię przegięciu, gdy twoje oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie, i wargi się wilgotnie rozchylą bezwiednie. Lubię, kiedy Ciebie rozkosz i żądza oniemi, gdy wpijasz się w ramiona palcami drżącemi, gdy krótkim, urywanym oddychasz oddechem i oddajesz się cała z mdlejącym uśmiechem. Ja, kiedy usta ku twemu ciału chylę, nie samych zmysłów szukam upojenia: ja chcę, by myśl ma omdlała na chwilę, chcę czuć najwyższą rozkosz — zapomnienia... I lubię ten wstyd, co się Tobie zabrania przyznać, że czujesz rozkosz, że moc pożądania zwalczasz ją, nasycenie żądzy oszalenia, gdy szukasz ust, a lękasz się słów i spojrzenia. Lubię to - i tę chwile lubię, gdy koło mnie wyczerpana, zmęczona leżysz nieprzytomnie, a myśl moja już od Ciebie wybiega skrzydlata w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata. Ja, kiedy usta ku twemu ciału chylę, nie samych zmysłów szukam upojenia: ja chcę, by myśl ma omdlała na chwilę, chcę czuć najwyższą rozkosz... najwyższą rozkosz zapomnienia...

