
Inspired by Polish Songs Cover (Cover)
[ZWROTKA I — KIKIMORA] Słyszę jej skrzyp — pazury drapią ściany jak skalpel, Pod podłogą chichocze, a jej oczy świecą fałszem. Budzi mnie nocą, gdy kładzie zimne łapy na twarzy, A w jej oddechu czuję gniew, którego nikt nie potrafi ugasić. „Chodź do mnie” — syczy, włosy ma jak splątana pajęczyna, Wokół niej tańczy kurz, co z trupów wysysa wspomnienia. Krąży po izbie, jakby w niej trzymała moje winy, A ja stoję — sparaliżowany — bo wiem, że ona nigdy nie znika. [REFREN I — KIKIMORA-CHOIR] Ona rośnie w mroku, zgina mnie do ziemi, Jej szepty rwą duszę jak noże z rdzy i cieni. Każdy krok jej głośny jak koniec świata w drzwiach — A ja czuję, że nie ucieknę… bo w jej oczach jestem jak strach. [ZWROTKA II — LESZY] Wchodzę w las — tam cisza dusi jak lina, A cień rośnie między drzewami, gdzie nawet wiatr nie oddycha. On zmienia ścieżki, skręca drogi, drwi z mojej paniki, Nogi grzęzną w mchach, jakbym z każdym krokiem tracił resztki logiki. Jego kora-pancerz pęka, odsłaniając zęby jak skały, Głos ma chropowaty — brzmi jak grom, co walnął prosto w czaszkę. Patrzę w górę — nad nim księżyc pęka na pół, A on mruczy: „Teraz jesteś mój, człowieku… wracaj stąd jako cień, nie jako król”. [REFREN II — LESZY-CHOIR] On kruszy ścieżki, zgina sosny jak dzieci, W jego dłoniach giną ci, co wierzyli w swoje szczęście. Gdy idzie, to natura kłania się jak do kata — A ja wiem, że w jego królestwie człowiek jest tylko plamą błota. [ZWROTKA III — PORONIEC] Zimno mnie tnie — jakby powietrze chciało skórę rozszarpać, A z ziemi wychodzi coś, co nigdy nie powinno oddychać. Maleńkie ciało, oczy puste, jakby widziały zbyt wiele krwi, Idzie w moją stronę powoli… jakby znało wszystkie moje sny. Płacze bez łez — a płacz ten boli bardziej niż wrzask, Jego dłonie wyciągnięte, jakby chciał wskazać mój własny upadek. Jest lekki, ale jego cień jest ciężki, długi, Niesie winy matek, ojców… i wszystkich tych, którzy bali się prawdy. [REFREN III — PORONIEC-CHOIR] On nie krzyczy — on milczy tak głośno, że pęka mrok, Ma w sobie rozpacz, co dusi nawet bez słów, bez rąk. Jego kroki są jak echo straconych narodzin — A ja czuję, że patrzy we mnie głębiej niż każdy żywy potwór. [OUTRO] A jednak… gdy mrok przygasa, zostaje cisza. Słyszę własny oddech — ciężki, ale mój. Cztery cienie odeszły, każdy zabrał coś ze mnie, Ale nie zabrały światła, które tli się gdzieś głęboko. I wiem, że jeśli kiedyś wrócą — stanę naprzeciw nim znów. Bo nawet w najciemniejszym lesie można znaleźć drogę… jeśli w sercu jeszcze coś się tli.

