
Wędrówka przez szlaki Redłowa
Kończy się już tygodnia trud, kończy się już tego znoju czas... Czerwone słońce na horyzoncie na szlak znowu wzywa nas! Światło w lodówce oświetla pustkę. Głód nam w oczy spoziera i żołądek poniewiera... W domu taka straszna bieda, nie ma nawet nic do chleba! Na podbój Redłowa wyruszyć nam trzeba! Na wyprawę więc znowu idziemy, pustych słoików naręcza niesiemy! Mozolnie wspinamy się serpentynami, obładowani pustymi sakwami. Przez góry i doliny nadmorskie wędrujemy... tylko to nas pociesza, że wkrótce się najemy! Do drzwi nieśmiało zapukamy, może coś skapnie nam od mamy? Może do stołu zaproszą i zacnie nas ugoszczą? Słoiki brzęczą w siatkach, już marzą o obiadkach! I sakwy puste tak smutnie zwisają - jedzonka się domagają! W dobrej trzeba przyjść godzinie, to nas jadło nie ominie! Pani Matka taka szczodra, da nam w bród wszelkiego dobra! Słoiczki otworzymy, jedzonkiem je wypełnimy! I do pełna załadujemy swe brzuchy, bo wielgachne z nas obżartuchy! Żadnego przystanku nie pominiemy, z każdego domu żarło zgarniemy! W naszej wędrówce przez szlaki Redłowa, żadne jedzenie się nie uchowa!

