
Żyłem z wami, płakałem, śniłem, Niosłem krzyż, gdy wiatr gasił płomienie. Dziś odchodzę, choć serca nie mylę - W cieniu duchów odnajdę schronienie. Nie zostawiłem nic oprócz słowa, Co jak błysk na niebie się tli. Niech je echo poniesie od nowa, Niech przetrwa przez przyszłe dni. Niech żywi nadziei nie tracą, Niech światłem rozpraszają noc. A gdy trzeba - w milczeniu się zbratać, By na szaniec rzucić swój los. Niech przyjaciele w nocy się zbiorą, I serce spalone w aloesie. Niech wino poleją, nim zorza porą, Bo tak świat matkom odpłaca - w lesie. Niech wiedzą ci, co w duchu szlachetni, Że mój płaszcz nie z żebranych szat, Lecz z chwały przodków utkany świetnie - Choć dziś już nie wraca czas. Niech żywi nadziei nie tracą, Niech światłem rozpraszają noc. A gdy trzeba - w milczeniu się zbratać, By na szaniec rzucić swój los. Gdy przyjdzie dzień, gdy zamilknę w mgle, Niech moc niewidzialna trwa we mnie. Niech ta siła, co czoło zdobiła, Was, zjadaczy chleba, w anioły przemieni. Niech żywi nadziei nie tracą… Niech żywi nadziei nie tracą…

