Zawsze odchodzimy, oni zawsze odchodzą, chyba już tacy jesteśmy. Zawsze odchodzimy. Dzikie wyspy, nocne gry, ukryte myśli, nieznane imiona. Im bliżej jesteś, tym mniej widzisz, nic nie czujemy, kiedy kłamiemy. Ci faceci zawsze znikają, jak kamień w wodę, zostaje cisza. Każdego dnia tacy sami, zawsze gotowi, bez wstydu. Bez imion, tylko ciepło i dotyk zostają po nich, po nas. Zawsze odchodzimy, zawsze odchodzą, chyba już tacy jesteśmy. Słowa i marzenia znikają, zanim je zrozumiemy, zanim zapamiętamy. Sami na pustych drogach i ścieżkach, patrzymy, jak wszystko znika. Bez wstydu, bez planu, łamiemy serca i zostajemy sami. Przychodzą, ale nie zostają, odchodzimy, zanim poznasz nasze imię. Coś mówią, ale to nic nie znaczy, puste słowa, żeby wypełnić ciszę. Te imiona, które kiedyś znałem, rozpływają się w parkowej poświacie. Kolejny cień znika w neonowym świetle. Już nigdy nie zawołam: „Rock me, Amadeus...” Wszyscy odchodzą, taka jest prawda, puste słowa, zatarte wspomnienia. Wszyscy odchodzimy, choć byliśmy tak blisko, w pamięci mam tamtą noc. Tylko tyle. Nic więcej. Wszyscy odchodzą, tak to już jest, zostaje pustka, cienie w tle. Wszyscy odchodzimy, choć było już tak blisko, tamta chwila, spocone ciała. Tylko tyle. Nic więcej. Faceci, którzy zawsze odchodzą, odchodzą, czy zostawiają ślad? Jedno spojrzenie, jeden dotyk, pocałunek, skinienie, i tak nikt nie zna imion. Ci faceci, którzy zawsze odchodzą, poznajemy ich po blasku. Bez znaczenia, kim byli, kim byliśmy, zostaje tylko wspomnienie. Noc. Ci faceci, którzy zawsze odchodzą... Wszyscy odchodzą... Zawsze odchodzimy... Jesteśmy tacy sami...


