Zwrotka I Przez długie lata mieszkałem w labiryntach cudzych zwierciadeł, nazywając lęki rozsądkiem, a pęknięcia — własnym charakterem. Ubierałem ciszę w definicje, nadawałem imiona każdej ranie, lecz pod płaszczem pozornej mądrości drżało zagubione pytanie. Nie wiedziałem jeszcze, że człowiek potrafi pomylić czujność z wiecznym oblężeniem, a samotność z wolnością. [Refren] I szedłem przez nieświadomość jak przez mgłę bez drogowskazów, wierząc, że trzeba zwyciężać siebie, zamiast podać sobie rękę. Aż zrozumiałem pewnego wieczoru, że nie jestem własnym wyrokiem. Jestem podróżą, która wciąż uczy się domu. [Zwrotka II] Ileż to razy budowałem twierdze z dawnych zdarzeń i półprawd, jakby pamięć była strażnikiem, a nie zmęczonym świadkiem. Wciąż wracałem do tych samych drzwi, nazywając przyzwyczajenie przeznaczeniem. Powtarzałem stare melodie, dziwiąc się, że brzmią cierpieniem. A przecież nawet blizny nie proszą o wojnę. One pragną tylko, by ktoś je wreszcie zobaczył. [Bridge] Nie jestem sumą błędów, ani kroniką porażek. Nie muszę być pomnikiem odwagi, ani więźniem doskonałości. Mam w sobie miejsce dla światła i miejsce dla zmęczenia. Mam prawo do łez, do śmiechu i niedokończenia. Bo nawet kruche naczynia potrafią przechowywać piękno. [Finał] Więc już nie wypowiadam wojny temu, co we mnie niedoskonałe. Siadam obok własnego cienia i słucham jego opowieści. A kiedy dawny niepokój puka do drzwi o zmierzchu, nie odwracam wzroku. Bo wiem już, że akceptacja nie jest kapitulacją. Jest najcichszą formą odwagi. I może właśnie stamtąd — z najgłębszej nieświadomości — rozpoczyna się droga ku sobie.


