[Intro] Ten dzień postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Nagle rozumiesz, że całe życie biegłeś źle. Chciałeś decydować szybko, sterować własną barką, a dziś toniesz we własnej głowie. [Verse 1] Ciągła presja — jak postąpić? Powoli zaczynam wątpić. Nie da się pojąć wszystkiego naraz, a ludzie tak łatwo wmawiają sobie zło. „Nie uda się.” „To koniec.” „Odpuść.” Poskładałem wszystko dopiero dziś — w chwili, gdy ukochana osoba zamyka przede mną drzwi. Na mojej szyi zaciska linę, zrzucając na mnie winę. Pętla zaciska się powoli, jakby znała moje imię. [Chorus] Oddycham jeszcze, choć pękam w pół. Cisza rozrywa mi wnętrze znów. Krzyk nie wychodzi, utonął gdzieś w mgle, a ja wciąż walczę o ostatni tlen. Nie chcę odejść jak zapomniany cień. Nie chcę zostawić po sobie tylko bólu dźwięk. Choć lina coraz mocniej odbiera mi głos — wewnątrz nadal słyszę: „Jeszcze nie. Nie teraz.” [Verse 2] Dla mnie to było jak nagły cios. Biorę ostatni, głęboki wdech. Dociera do mnie, że ona naprawdę chciała, bym zakończył ten sen. Jeszcze chwila — a zrozumiałbym, jak smakuje prawdziwy pech. Ostatni łyk tlenu spływa po gardle. Śmieję się cicho, choć lęk rozrywa mnie naprawdę. Bo może właśnie teraz Człowiek wydał swój ostatni dźwięk. Siła opada gwałtownie, gaśnie część nadziei. Kurz osiada na sercu, jak popiół po cierpieniu. A jednak gdzieś głęboko tli się jeszcze wiara. Widzę, jak powoli opada ta szara kotara. [Chorus] Oddycham jeszcze, choć pękam w pół. Słyszę własny wrzask odbijający się od ścian znów. Blizny nie znikną, za głęboko wszedł ból. Człowiek czasem umiera, choć nadal żyje tu. Nie chcę być wspomnieniem w oczach pustych ulic. Nie chcę, by moje imię skończyło pośród ciszy. Choć lina coraz mocniej zaciska wokół chłód — wewnątrz nadal płonie ledwo żywy duch. [Bridge] Nie słyszę poklasku. Słyszę tylko własny wrzask, gdy pękam na pół. Szczelina w sercu, blizna na wierzchu — nie ukryję już stresu. Gdyby nie ten cichy głos gdzieś pod skórą, pogrzebałbym własny los. Ciarki przechodzą po ciele. Widzę siebie jako wisielca. Jako straceńca. I słyszę szepty ludzi: „Miał zły gust.” „Był tchórzem.” „Przegrał.” Ale to zbyt proste. Ja nie chcę tak odejść. [Final Chorus] Oddycham jeszcze, mimo że gasnę. W środku mnie nadal coś walczy o światło. Choć noc zaciska lodowate dłonie, ja jeszcze stoję — choć ledwo płonę. Nie jestem cieniem. Nie dzisiaj. Nie teraz. [Outro] Doświadczam tego drugi raz. Tym razem mój różaniec wisi na drzwiach bliskich — tuż pod stopami. Lecz tylko w snach. Bo mimo wszystko jeszcze oddycham.