
KAKTUS
Kupiłam sobie ciszę, zamkniętą w zielonym ciele. Postawiłam ją przy łóżku, żeby nie być sama ze sobą. Nadałam ci imię, żeby nie nazywać głodu. Stoisz spokojnie przy oknie, jakbyś wiedział, co się zbliża. Na skroniach pot. W ustach piach. Ręka sunie po podłodze. Ja zostaję w tyle. Kaktus... Nie pozwól mi podejść bliżej. Kaktus... Moje ręce nie są moje. Jeszcze nie... jeszcze nie... Zimne płytki, mokre dłonie. Nie chcę ciebie. Chcę przestać chcieć. Liczyłam każdą monetę, teraz liczę krople potu. Po zjeździe nawet cisza ma cierpki, pusty smak. Odwracam cię do ściany, żebyś nie widział tych rąk. Wracam do ciebie na kolanach. A ty nie robisz nic. Głód nie zna ceny. A zna twoje imię. Kaktus... Nie pozwól mi podejść bliżej. Kaktus... Moje ręce nie są moje. Mam wodę... A chce mi się pić. Mam powietrze... A nie mogę oddychać. Mam ciebie... Więc czego mi brakuje? To ja... To ja jestem głodem. Kaktus... Schowaj się przede mną. Kaktus... Moje ręce nie są moje. Nie chcę zamienić twojego imienia w tę jedną chwilę ulgi. Nie chcę ciebie... Chcę przestać chcieć. Nadałam ci imię, żebyś nie był rzeczą. A teraz głód próbuje zrobić rzecz ze mnie. Dłonie chowam pod udami, czekam, aż głód zaśnie. Moja ręka... Znowu... Idzie.

