
(Verse 1) Na sali wielkiej i błyszczącej, tak jak nocne Buenos Aires. Zaczyna się dziać. Chłop konia wali nieprzejęty, bo mu żona w domu wcale. Dupy nie chce dać. Stoimy wszyscy wkoło chłopa, jak do por nosa statyści. Wystukując rytm. Chłop będzie walił między nami, choćby nawet się nie spuścił. Nie pomoże nikt. (Pre-chorus) Chociaż wszystkim stoją fiuty nikt nie spuszcza sieee! Nigdy żadne z nas do końca nie zwaliło seee! (Chorus) Bo do spuchy trzeba dwojga. Twardych pał i chętnych serc. Bo do spuchy trzeba dwojga. Tak ten świat złożony jest. (Verse 2) Zaleje w końcu cały parkiet spucha gęsta, jak atrament. A gdy przyjdzie brzask. Co było w naszych jajach kiedyś, kiedyś jak świecący diament. Cały straci blask. (Pre-chorus) I choć z chłopem każdy wali Bóg to jeden wieee! Nigdy razem na tej sali nie spuścimy sieee! (Chorus) Bo do spuchy trzeba dwojga. Twardych pał i chętnych serc. Bo do spuchy trzeba dwojga. Tak ten świat złożony jest. (Outro) (Instrumental) (Fade-out)

