
Pół stówy dusiłem w sobie ten żar, żeby przypadkiem nikogo wokół nie poparzyć. Posłuchajcie, jak brzmi kamień, kiedy wreszcie przestaje być grzeczny. Wzrok tnie na wylot ten beton i tynk, Słuch chwyta decybel i wiatr. Pół stówy brałem na plecy ich syf, Dziś szablą przecinam ten blat! Siwa broda drapie jak stalowy drut, Pod butami pęka mi bruk. Swaróg topi w piecu ten mój stary dług, Z karku zrzucam cudzy brud! Ale nikt nie wie, że ja! W zębach trzymam zimną stal! Miałem stać jak martwy głaz, Dziś z Welesem piję żar! Perun wali w ten mój wydeptany próg, Kruszy się pod butem szkło. Zdejmuję z twarzy ten służbowy, grzeczny skurcz, W błoto rzucam stary kod! Tętno zeszło w dół, w ustach ginie rdzawy smak, Płuca biorą twardy wdech. Rod wyrzuca nowe kości na ten blat, Z lawy rośnie nowy grzbiet. Ale nikt nie wie, że ja! W zębach trzymam zimną stal! Miałem stać jak martwy głaz, Dziś z Welesem piję żar! Zmarli piją ze mną z wyblakniętych dziar... Żywi niosą ze mną ten sam twardy pakt... Maszynka rwie mi skórę pod kolejny szkic... Na starym brudzie kładę dzisiaj nowy szew! Ale nikt nie wie, że ja! W zębach trzymam zimną stal! Miałem stać jak martwy głaz, Dziś z Welesem piję żar! Twarz jak beton, na zewnątrz tylko chłód. W podeszwach czytam tętno wszystkich żył. Starzy bogowie z tyłu trzymają mi grunt. Zimny głaz. A od środka... skanuję ten ul.

