# PARAGON — 64 BARS **Proszę zachować paragon. Reklamacji nie uwzględniamy.** 1.Mówili: czas to pieniądz, więc roztrwoniłem oba, dziś mam więcej na koncie, tylko mniej siebie do rozdania. Sukces miał być bezcenny śmieszne, dostałem fakturę, płatność pobrano w nocach, których już nie odzyskuję. Brałem życie na raty, bo chciałem wszystko na teraz, każda rata miała termin, każda ambicja komornika w plecach. Zarabiałem na spokój, aż zabrakło czasu, żeby go użyć, kupiłem sobie ciszę, ale nie wiedziałem, jak w niej żyć. Miałem plan wejść wysoko, więc ciąłem ludzi jak koszty, dziś liczę tych, co zostali bilans wyszedł żałosny. Na terminalu „zaakceptowano”, na twarzy „wszystko gra”, tylko serce miało debet, którego nie pokazywał bank. Podnosiłem standard życia, podnosząc sobie poprzeczkę, aż nawet kiedy wygrywałem, chciałem wygrać jeszcze więcej. Całe życie zbierałem punkty, jakby dawali coś za wynik, a przy kasie się okazało nie można nimi kupić chwili. 2.Miłość była za darmo, przynajmniej tak stało w ofercie, dopiero drobnym drukiem: płacisz, kiedy pęknie ci serce. Dawałem kredyt zaufania ludziom bez zdolności spłaty, a potem się dziwiłem, że wracają puste raty. Niektórzy byli promocją dwa uśmiechy, jedno kłamstwo, na wejściu „bracie”, przy problemie nagle nie znali nazwiska. Gwarancja do pierwszej burzy, lojalność do pierwszej szansy, każdy wierny, póki nie musi za tę wierność sam zapłacić. Byłem dla kilku bankiem wpłacali problem, brali spokój, gdy ja miałem pusty sejf, nie było nikogo przy boku. Związki mają prowizję, choć jej nie wpisują w umowę, czasem płacisz własnym snem za cudze „wszystko w porządku”. Najdroższe „zostań” słyszałem, kiedy chciałem już odejść, najtańsze „kocham” od tych, co umieli tylko mówić dobrze. Zwrotów nie przyjmują, serca nie mają serwisu, reklamacja po latach brzmi: „trzeba było czytać podpis”. 3.Kiedyś ojciec był stary dziś w lustrze mam jego gesty, czas nie pyta o PIN, tylko zbliża kartę i bierze. Kiedyś słyszałem „zwolnij”, odpowiadałem „mam robotę”, dziś rozumiem, że nie każdy telefon można wykonać potem. Dzieci rosną jak odsetki dzień po dniu, prawie bezgłośnie, ty liczysz swoje cele, aż nagle ktoś obok jest dorosły. Zdjęcia mają datę, ale nie pokazują ceny chwili, ile kosztował ten dzień, którego razem nie przeżyliśmy. Za zdrowie płacisz wcześniej albo później przyjdzie rachunek, ciało długo daje kredyt, potem nagle kończy limit. Nie ma zwrotu za weekendy sprzedane za nadgodziny, ani rabatu za to, że mówiłeś: „robię to dla rodziny”. Najgorsze koszty ukryte przychodzą bez powiadomień, ktoś zamyka drzwi, a tobie zostaje saldo wspomnień. Więc dziś nie pytam „ile mam?”, tylko „ile mnie kosztuje?”, bo można wygrać cały wyścig i przegrać to, po co biegniesz. 4.Przeliczałem życie na cyfry, jakby cyfry coś znaczyły, a najdroższe rzeczy przyszły za darmo i pierwsze się skończyły. Pierwszy śmiech, czyjś głos, zwykły obiad przy jednym stole, żadna karta premium nie kupi ci tego ponownie. Nie wierzę już w „bezcenne” wszystko ma swoją cenę, tylko zwykle płacisz później i nie tą walutą, co trzeba. Za dumę płaciłem ludźmi, za pośpiech własnym czasem, za kilka złych decyzji odsetki naliczają się nocami. Za prawdę płacisz samotnością, za kłamstwo spokojem sumienia, walutę możesz wybrać, ale rachunku to nie zmienia. Jeśli pytasz, czy było warto nie zmieści się to w liczbach, zysk mam w tym, kim zostałem, stratę w tych, których już nie ma. Więc kiedy ktoś zapyta, ile kosztowało być mną, niech nie szuka w banku, metkach, papierach ani kontach. Niech spojrzy mi na twarz tam mam wszystkie pozycje rachunku, blizny to VAT, siwe włosy odsetki, a cisza koszt transportu. I jeśli życie jeszcze coś sprzeda, zanim zamkną kasę na noc… tym razem przeczytam drobny druk, zanim powiem: **„Biorę wszystko.”** *trrrrrrrrrrrrr…* **Dziękujemy za zakupy.**


