Gdy już zimową jazdę przeżyłem, znowu za kółkiem, gorąc aż miło. Myślisz zapewne, jak to się stało? Jeszcze niedawno śniegiem sypało. Ten cud na drodze nie mógł się zdarzyć, pomyłką byłoby o tym marzyć. Więc się znalazłem po soli szczypcie, wpierw na lotnisku, później w Egipcie. Tu się nie będą zataczać koła, chociaż historia też jest wesoła. Z wypożyczalni wziąłem kabriolet, chciałem się poczuć chwilę gwiazdorem. Mówią mi w mieście: pustynię zobacz. Już po godzinie drogi - choroba. Wokół sam piasek, samochód gaszę. Siup za samochód i w dół majtasy. Godzina w kuckach licząc bez mała - gdy mnie kręciło - jakoś zleciała. Czar Faraona, że też tu przyszło musieć pozować rzeszom turystów. Na domiar złego, Bóg nie był głuchy, gdy wyliczałem tylko - do dupy. Piaskiem sypnęło, jak chciałem, z nieba. - Burzy piaskowej jeszcze mi trzeba. Lecz to nie było spełnieniem marzeń. Aura natury za klęcie karze. I tak w to miejsce nie dosyć blade jeszcze wiaterek z piaskiem mi zadął. Papieru nie mam, ni kropli wody, wokół pustynia, a ja w pół drogi. I ta do kitu, do tego wiało, czego to - wie cie - nie urywało. Także w boleściach - O Boże - powiem - już wolę zimą wypadki w rowie.