
[Instrumental Intro] [Dark piano, ticking percussion, low cello, faint city ambience] [Spoken Intro] [Deep calm male voice, close-mic] Mówili: „Pierwszy raz? Możesz. Przecież tylko okazjonalnie”. Pierdolili. „Będzie, kurwa, fajnie”. I mieli rację. Na początku zawsze jest fajnie. Potem płacisz. Nie pieniędzmi. Sobą. [Verse 1] [Low controlled storytelling rap] Jeszcze jadłem. Jeszcze spałem. Jeszcze dzień miał własny plan. Mówiłem: „Mam to pod kontrolą, kiedy zechcę, będę sam”. Najpierw weekend, jeden pokój, półmrok, hotel, zimny bruk. Jeden dotyk wszedł pod skórę, jeden wieczór zrobił głód. Mówili: „Stary, zwolnij trochę, bo cię kiedyś skręci w pół”. Ja się śmiałem: „Nie przesadzaj. Przecież umiem zgasić głód”. Przesuwałem własne sprawy, żeby zmieścić wspólny czas. Nie liczyłem strat i godzin, myślałem, że tak buduję „nas”. [Pre-Chorus] [Drums thin out] Rachunek leżał na stole. Odwróciłem go drukiem do blatu. Jeszcze nie chciałem wiedzieć, ile kosztuje tak dobry początek. [Chorus] [Low, heavy, melancholic chant] Najpierw niebo, potem dług. Najpierw wszystko, potem mniej. Najpierw skrzydła ponad miastem, potem brakowało mnie. Najpierw niebo, potem dług. Każda chwila miała koszt. Płaciłem sobą po kawałku, myśląc: tak się buduje dom. [Verse 2] [Fuller organic drums, darker, tighter flow] Potem przyszła tolerancja. Więcej. Bliżej. Każdy dzień. Oddawałem własny spokój, oddałem ludzi, tlen i sen. Znikał margines mojego życia. Znajomi pytali: „Gdzie ty znikasz?” Ja łykałem każde kłamstwo, a twoją ciszę jak narkotyk. Telefon milczał. W głowie alarm. Serce waliło: „Daj mi znak”. Dwudziesta druga, siedemnaście. Jedno: „Śpisz?” I cały odwyk poszedł w piach. Jeden SMS z twojego numeru stawiał martwy świat na nogi. Nie chciałem już żadnej miłości. Chciałem tylko zabić głód. Portfel pusty. Pusty pokój. Pusty wzrok i brudny świt. Z każdym, kto mnie kiedyś dźwigał, dawno już zerwałem nić. [Pre-Chorus] [Short pause, tense atmosphere] Jeszcze mogłem powiedzieć: „Wystarczy”. Ale wtedy to brzmiało jak strata. Łatwiej było dopłacić, niż sprawdzić, co naprawdę kupuję. [Chorus] [Low, heavy, melancholic chant, heavier drums] Najpierw niebo, potem dług. Najpierw wszystko, potem mniej. Najpierw skrzydła ponad miastem, potem brakowało mnie. Najpierw niebo, potem dług. Każda chwila miała koszt. Płaciłem sobą po kawałku, myśląc: tak się buduje dom. [Bridge] [Beat drops out completely. Only low piano and bowed cello. Voice cracking slightly] Nie przyszła żadna faktura z napisem: „od dziś tracisz siebie”. Dług rósł cicho. W godzinach, które oddawałem bez pytania. Dziś już wiem. Nie brałem cię, żeby poczuć miłość. Brałem cię, żeby nie czuć głodu. Narkotykiem nie był proszek. Narkotykiem byłaś ty. I błagałem o następny strzał... od własnej, pierdolonej żony. [Final Chorus] [Full cinematic bass, heavy drums, low male doubles] Najpierw niebo, potem dług. Najpierw wszystko, potem mniej. Najpierw dają ci jej usta, potem zabierają ciebie. Najpierw niebo, potem dług. Rachunek został pośród szkła. Kiedy pytasz: „ile jeszcze?”, okazuje się, że to już wszystko. Pierwszą ratą... byłem ja. [Spoken Outro] [Beat cuts out. Dry, close male voice, very calm but devastated] Nie każda strzykawka ma igłę. Nie każdy diler stoi pod blokiem. Czasem śpi obok. Czasem mówi, że kocha. Czasem ma piękne, zielone oczy. A kiedy w końcu trzeźwiejesz, nie pytasz, dlaczego odeszła. Pytasz: „Jak mogłem oddać jej aż tyle siebie?” A wszystko zaczęło się od jednej dawki... Która wyglądała jak miłość... i była tak kurewsko fajna. [Unresolved cello fades out into city ambience] [End]

