
Skrucha
Rzadko czuję skruchę, raczej puste miejsce gdzie powinien być wstyd... mam beton i przestrzeń twarze mijam jak znaki bez znaczenia każdy coś mówi, ja nie mam tłumaczenia Zbieram dni jak śmieci w kieszeniach nie pamiętam kiedy coś miało znaczenie może wtedy, gdy jeszcze bolało normalnie a nie tak cicho, płasko, nienaturalnie Coś się przesunęło nie wraca na miejsce dzisiaj wszystko czuję ale tylko w jednej wersji Rzadko czuję skruchę dziś niewiele czuję poza nią jakby ktoś wyłączył resztę zostawił tylko jeden ton Rzadko czuję skruchę a dziś zalewa mnie jak dym nie wiem komu to oddać więc duszę się w niej sam. Przewijam nagrania jak stare rozmowy szukam momentu, gdzie coś się rozpadło czy to ja pierwszy przestałem być człowiekiem czy świat się zmienił i wszystko zbladło Nie pamiętam winy... tylko jej cień bez konkretu, bez sceny, bez nazw i bez miejsc jakby ktoś mi wgrał emocję bez pliku i kazał ją czuć bez powodu i krzyku Może to nie skrucha tylko echo czegoś co powinno być może to system błędu który nauczyłem się nazywać „wstyd” a jeśli to prawdziwe… to czemu tak późno? Rzadko czuję skruchę dziś niewiele czuję poza nią jakby ktoś mnie zamknął w jednym, zapętlonym dniu Rzadko czuję skruchę a dziś wgryza się pod skórę bez nazwisk, bez historii tylko ciężar… i pustkę jutro pewnie zniknie… jak wszystko

