Gdy lecę do Ciebie w księżycowej poświacie, słyszę, że na tyłku prują Ci się gacie. Gwiezdny pył mieni się w moich włosach, podczas gdy Tobie wystaje koza z nosa. Spragniona bliskości ciał żądzą rozpalonych, widzę, jak w pośpiechu ściągasz pantalony. Sięgając w dal wzrokiem błędnym i zamglonym, dostrzegam, żeś w kroku srodze odparzony. Pragnę złączyć się w tańcu, gdzie czas nie istnieje, lecz Tobie z wrażenia sandał się chwieje. Pragnę dotyku, co duszę uleczy, lecz Twój głośny bąk na cały głos skrzeczy. W blasku komet szukam przeznaczenia swego, gdy Ty drapiesz się w ucho Palcem Boga, kolego. Chcę, by wieczność pochłonęła naszą miłość czystą, lecz ząb Twój przedni lśni próchnicą soczystą. Wznoszę toast za nas, w gwiezdnej krainie, lecz czuję, że zaraz mój zapał odpłynie.