
Mama mówi: „Weź koszyczek, babcia ledwo zipie.” A ja na to: „Serio? Chyba coś ci odbiło typie! Czemu sama nie poleziesz? Ja mam swoje plany. Nie jestem kurierem — ogarnij menopauzalne stany.” Stoi, oczy jak monety — totalnie ją wcięło. Chyba pierwszy raz ktoś jej powiedział coś takiego. Nie chce mi się, mam jej dość. Najchętniej bym powiedziała wprost co o niej myślę — bez cenzury, bez zbędnej gry. Ale dobra… niech będzie, policzę raz, dwa, trzy… Ja pierdziele, co za świat, w dupie ich wszystkich mam! Zrobię swoje — tak jak trzeba, niech im spadnie gwiazdka z nieba. Może kiedyś, gdy coś będę chciała, to bez pytania będę brała. Idę wkurzona, kaptur nasunięty na oczy. Nagle wilk wyskakuje: „Hej, co w koszyczku masz?” Patrzę na niego: „Serio? Ty do mnie srasz? Nie twój biznes, to mój koszyk — ogarnij się, bro! I lepiej spadaj bo dzisiejszy dzień to totalne dno i już sama nie ręczę za siebie, wiesz?” Wilk pobladł, podwinął ogon i uciekł gdzieś. Nie chce mi się, mam go dość! Najchętniej bym powiedziała wprost co o nim myślę — bez cenzury, bez zbędnej gry. Ale dobra… niech będzie, policzę raz, dwa, trzy… Ja pierdziele, co za świat, w dupie ich wszystkich mam! Zrobię swoje — tak jak trzeba, niech im spadnie gwiazdka z nieba. Może kiedyś, gdy coś będę chciała, to bez pytania będę brała. Wchodzę do chaty, babcia gapi się jak sowa. „Czego się lampisz? Zamurowało, czy niemowa? Zęby byś ogarnęła - kamień świeci aż po gałach. Uszy ci odstają od gadania o cudzych sprawach.” Wilk krzyczy nagle: „O nie… to ta wariatka…” Zbladł momentalnie: „Z nią nie idzie żadna gadka!” Wypluł babcię i uciekł — bez planu, bez słów, bo z takim Kapturkiem nie zadziera się znów. Nie chce mi się, mam go dość. Najchętniej bym powiedziała wprost co o nim myślę — bez cenzury, bez zbędnej gry. Ale dobra… niech będzie, policzę raz, dwa, trzy… Ja pierdziele, co za świat, w dupie ich wszystkich mam! Zrobię swoje — tak jak trzeba, niech im spadnie gwiazdka z nieba. Może kiedyś, gdy coś będę chciała, to bez pytania będę brała. Mam serio wszystkich dość, każdy mnie dziś wnerwia. Ten dzień to był dramat, totalna rezerwa. Żadnych więcej koszyków, żadnych wizyt u babci. Idę na kebsa — na dziś już mi starczy. Mam ich już wszystkich gdzieś, pieprznięta mała wieś.

